Panował półmrok. Śniłam.
Byłam mokra od potu, moja klatka piersiowa unosiła się niespokojnie w górę i dół. Oczy świdrowały gęstą dżungle, która mnie otaczała. Nie miałam pojęcia co tam robię.
Przerażenie mieszało się z moją krwią, przepływając przez całe ciało. Strach kompletnie przytłumił moje zmysły. Miałam ochotę biegać wokół, ale moje nogi nagle stały się zbyt ciężkie. Nie byłam w stanie zrobić ani jednego kroku do przodu. Zaciskałam i rozluźniałam pięści (w sumie to był jedyny ruch, który mogłam wykonać bez problemu).
Szelest za moimi plecami doprowadził mnie na granice wytrzymałości. Strach pozwolił mi znaleźć siłę na ucieczkę, mimo to, że jeszcze przed chwilą więził moje ciało w miejscu. Brnęłam przez dżungle, podczas gdy siarczysty deszcz uderzał o moją twarz i moczył ubrania. Potykałam się o wystające z ziemi korzenie. Liście uderzające co jakiś czas o moją odsłoniętą gdzieniegdzie skórę, tworzyły rany, z których powoli sączyła się krew. Doświadczałam jednego z najbardziej nieprzyjemnych uczuć na świecie. Bólu.
Odgłos kropel uderzających o ziemię zagłuszył donośny ryk, dobiegający zza moich pleców. Zagryzłam wargę z całych sił, starając się nie krzyczeć. Poczułam jak po moich ustach spływa strużka krwi. Oblizałam ją, a jej metaliczny smak pozostał jeszcze przez chwile na moim języku. Kolejne nieprzyjemne uczucie zaatakowało mnie znienacka. Panika.
Zwolniłam nieco, aby poruszać się ciszej. Bardziej bezszelestnie. Na chwile, przerażenie stłumiły lata praktyk i nauk w Kapitolu, które zaczęły donośnie dobijać się na zewnątrz mojej głowy. Nigdy nie przypuszczałam, że jakakolwiek nabyta tam wiedza, będzie mi potrzebna. Nigdy też nie przypuszczałam, że znajdę się w sytuacji, w której będę bała się o swoje życie. Musiałam pamiętać, że tylko zdrowy rozsądek pozwoli mi przeżyć tą noc. Zatrzymałam się przy najbliższym drzewie, tracąc równowagę i lądując twarzą w kałuży błota. Starałam się rozluźnić mięśnie szyi oraz ramion (choć raczej nie było mi to potrzebne po tak długim i szaleńczym biegu...), poruszając nimi na wszystkie strony. Nagle i niespodziewanie biorąc pod uwagę mój
poziom przerażenia, wpadłam na genialny pomysł, pomysł godny Nagrody Nobla.
Chwyciłam się mocno pnia drzewa. Oplotłam go nogami i powoli zaczęłam piąć się do góry. ,,Cokolwiek tak przeraźliwie przed chwilą ryczało, nie jest w stanie poruszać się wyżej niż na poziomie krzewów', pomyślałam przypominając sobie kolejne lekcje w szkole. Naprawdę, nigdy w życiu nie przypuszczałam, że będę musiała z nich skorzystać.
Gdy dotarłam do pierwszej gałęzi, przysiadłam na niej, głęboko i nerwowo
oddychając. Moje siły były na wyczerpaniu. Czułam, że to jeszcze nie koniec. No właśnie... co tu się działo?
Nie pamiętałam nic oprócz faktu, że śnię. Nic, oprócz tego momentu, kiedy moja głowa uderzyła o poduszkę. Bo mimo tego, iż całe to wydarzenie jest wytworem mojej wyobraźni, na skraju umysłu miałam głębokie przeczucie, że otacza mnie rzeczywistość. Coś jak sen na jawie. No i było jeszcze coś... TEN STRACH.
Nieustannie paraliżujący mnie od zewnątrz oraz wewnątrz, od którego czułam się jakbym stała na skraju wariactwa, również wydawał się prawdziwy. Czego się tak bałam? Co mnie tak przerażało?
Dżungle znowu przeszył ryk zwierzęcia. Drgnęłam na gałęzi, biorąc głęboki wdech. Oczy zaszły mi łzami, miałam ochotę krzyczeć z frustracji, która przed chwilą była jeszcze paraliżującą niepewnością czy będzie jeszcze dla mnie jakieś 'jutro'. Wplotłam jedną rękę w swoje przemoczone, czarne włosy, rozpuszczone luźno, tak, że falami spływały mi do pasa. Pociągnęłam za nie mocno. Był to tak gwałtowny i mocny ruch, że aż syknęłam z bólu. Chciałam w ten sposób jakoś otrzeźwić swój umysł. Sprawić aby sam ułożył w całość coś, czego ja nie jestem wstanie pojąć.
Nagle... W dosłownie jednej sekundzie... Runęłam w dół. Nie miałam pojęcia czemu. Czy straciłam równowagę? Poślizgnęłam się przesuwając nogę? Gałąź się załamała? Nie miałam już sił się utrzymać? Tysiące podobnych pytań wypełniło moją głowę. Ale odpowiedź się nie pojawiała. To było takie... nagłe i niewytłumaczalne.
Uderzyłam w ziemię. Dosłownie przez ułamek sekundy, poczułam to uczucie, kiedy dusza odrywa się od ciała. Było chłodne, nieprzyjemne, jakbym spadała w dół do najzimniejszego miejsca na świecie. Na moment wessała mnie ciemność, aby zaraz potem wypluć brutalnie, jak niesmaczny kąsek.
Podniosłam się z ziemi na miękkich nogach, mój oddech był krótki i urywany. Moje całe ciało było obolałe. Mięśnie drżały z wysiłku, aby utrzymać mnie w pozycji stojącej. A mimo to... ruszyłam dalej. Poruszałam się zdecydowanie wolniej niż poprzednio. Rany, zaczynały się zasklepiać, ale to w żaden sposób nie pomagało, kiedy co chwila tworzyły się nowe. Niebo przeszył grzmot. Zamarłam, opierając się jedną ręką o drzewo. Zacisnęłam mocno szczękę na widok tego co miałam przed sobą. Nie wiedziałam co czuję. Grozę? Złość? Strach? I najgorsze uczucie, które teraz mogłabym odczuwać... Szczęście?
Stałam przed wielką drucianą siatką, rozdartą na pół, która wyznaczała Rezerwat Półkrwistych (choć mieszkańcy Drugiego Wymiaru nazywają ten teren Izolatką). Przede mną na ziemi leżała przecięta na pół tabliczka, której zabrudzone od błota napisy lekko połyskiwały w świetle Księżyca. ,,Teren prywatny. Ogrodzenie pod napięciem. Prosimy nie zbliżać się do siatki.". Na dodatek, wycięcie w siatce nie wyglądało na zwykłe rozerwanie, a raczej jakby... hmm... KTOŚ SPECJALNIE ROZCIĄŁ DRUTY. Teraz byłam pewna tego co czuję. Zdecydowanie grozę.
Nie bez powodu istnieje w Starym Borze takie miejsce jak Rezerwat Półkrwistych. Zamykane są w nim niezwykle niebezpieczne istoty, które nie spełniają swojej roli odpowiednio, są wybrykiem natury (albo jej nieudanym eksperymentem- jak kto woli) i nic oprócz kolczastego drutu pod napięciem czy kilkuset Martwych Wojowników* nic nie jest wstanie ich powstrzymać przed rozszarpaniem ciebie na kawałeczki.
Aby to wszystko zrozumieć trzeba to po prostu usłyszeć, zobaczyć, bądź przeczytać.
Praktykanci, to osoby, które zawierają układ z Powiernikiem. Dzielą się oni na dwie grupy: Praktykanci Śmierci z Miasta Dusz oraz Praktykanci Czarnych Dusz- ci 'źli'. Dla nich obu istnieją dwa oddzielne rodzaje Powierników, ze względu na poglądy i odmienne więzy krwi (to już bardziej skomplikowana sprawa). Czystokrwiści Powiernicy łączą się tylko i wyłącznie z Praktykantami Śmierci. Natomiast Brudnokrwiści zawiązują więzy z Czarnymi Duszami. Półkrwiści to istoty o dwóch liniach krwi pomieszanych ze sobą. Życiodajny płyn krążący w ich żyłach składa się w jednej połowie z czystej energii, a drugiej mrocznej brei.
Dlatego, że nie istnieje człowiek, którego jedna strony rodziny pochodzi z Miasta Dusz, a druga to Czarne Dusze, nikt nie może połączyć się z Powiernikami Półkrwi. Więzy, które zawiązują między sobą Praktykanci i Powiernicy muszą być czyste. Można to przedstawić na kolorach: w tym wypadku czarny po prostu nie idzie w parze z białym.
Więc jakim cudem istnieją istoty, które posiadają w sobie dwie linie krwi? Nikt tego nie wie. Takie wybryki natury co jakiś czas same wychodzą z dżungli, żeby rozejrzeć się po terenie Miasta Dusz i wtedy zostają złapane, po czym zamknięte właśnie w Rezerwacie Półkrwi, aby nie zrobiły nikomu krzywdy. Bo gdy takie monstrum wpadnie w szał, rzadko kto wychodzi z tego cało. W sumie nikt jeszcze nie wyszedł z takiego starcia w jednym kawałku.
Tłumacząc to należało by również wspomnieć kto to Czarne Dusze. To okropne człowieko- podobne istoty, które kiedyś oddzieliły się od mieszkańców Miasta Dusz. Podobno zaczęło się to od różnicy poglądów między tymi dwoma społecznościami, ale było to tak dawno, że już nawet władze Drugiego Wymiaru (Rada Praktykantów) nie są pewni przyczyny. W każdym razie Czarne Dusze, przypominają ludzi, ale ich konsystencja może się zmienić. W jednej chwili mogą mieć ciało z krwi i kości, a w drugiej być smużką dymu, która krąży wokół swojej ofiary. W ich części Drugiego Wymiaru, zwaną Pustynią Demonów panują całkiem inne zasady niż w Mieście Dusz. Podobno NAJŁAGODNIEJSZĄ karą za wykroczenie prawa jest śmierć (o mało nie zemdlałam, kiedy to usłyszałam...)
Również ich Powiernicy nie słyną z dobrego imienia. Mają mordercze intencje oraz (niestety) wysoki iloraz inteligencji, który daje im przewagę w walce.
Mi, ogarnięcie tego wszystkiego zajęło rok, a wciąż wygląda to na bardzo skomplikowanie z powodu tych wszystkich nazw.
Za plecami usłyszałam warknięcie. Moje ciało spięło się jak kłoda. Zaklęłam pod nosem. Czułam się jak zwabiona w pajęczynę, bezbronna mucha. Moje serce kołatało jeszcze szybciej niż przed chwilą. Obróciłam się powoli na pięcie.
Przede mną szykowała się do skoku czarna jak noc puma. Była ogromna, a przez jej pysk biegła biała rysa, która w kształcie przypominała piorun. Jej szare oczy, niezwykle podobne do moich, błyszczały lekko. Niebo przeszył błysk, po czym ogłuszył mnie donośny grzmot.
Zanim zdążyłam pojąć, że stoi przede mną Powiernik Półkrwi z zamiarem zabicia mnie, bestia rzuciła się na mnie. Ostatnim co zobaczyłam, był błysk pazurów w świetle kolejnej błyskawicy, rozdzielającej niebo na pół.
Obudziłam się z krzykiem. Byłam spocona do tego stopnia, że moje włosy również były mokre. Próbowałam się wydostać z pościeli, która bezlitośnie oplotła się wokół mojego ciała. Mimo, że byłam świadoma, iż mój koszmar dobiegł końca wciąż nie byłam w stanie dojść do siebie. Strach, który odczuwałam nie chciał mnie opuścić. Wrażenie, że to nie był tylko sen także. No, ale błagam! Jak wyszłabym cało z takiego starcia, nie mając własnego Powiernika? To było niewykonalne.
Kiedy wreszcie udało mi się wyplątać z pościeli, powoli podniosłam się z łóżka. Rozejrzałam się po moim jednoosobowym mieszkaniu z małą kuchnią i łazienką, ukrytą za czarnymi drzwiami. Odsłoniłam zasłony, a widok zza okna przywiał mnie z niezbyt miłym akcentem. Ciemne chmury przykrywały niebo. Deszcz nieustannie spadał na ziemie, sprawiając, że w miejscach gdzie nie było chodnika, zaczynały się tworzyć ogromne błotne kałuże. Westchnęłam ciężko. Miałam nadzieję, że od wczorajszego dnia mój humor się polepszy.
Znowu nie udało mi się zdobyć Powiernika. Pół nocy rzucałam się po łóżku, dręczona koszmarami. A gdy się obudziłam, z nadzieją, że może chociaż pogoda się nade mną zlituje, zastałam deszcz i kałuże wielkości stadionu. Moje życie jest do dupy, stwierdziłam załamana.
Podeszłam do małego radia stojącego przy łóżku. Przejrzałam półkę z płytami zespołów, które udało mi się zakupić od najlepszego handlarza rzeczami z Granicy- Johna Browna. Nie mam pojęcia jak ten piętnastolatek to robi i od kogo załatwia te wszystkie gadżety, ale póki co kupuję je za każdym razem, gdy go spotykam i cieszę z faktu, że nie wydaje fortuny. Nie bardzo interesuje mnie, że robi to kompletnie nielegalnie. Liczą się tylko moje korzyści- jakkolwiek samolubnie by to zabrzmiało.
Mając siedemnaście lat mogłam sobie spokojnie dorabiać w Mieście Dusz na swoje własne potrzeby. Mieszkałam w bezpłatnym internacie, więc nie było tak źle. Brałam aktywny udział w życiu szkoły (zwykle spałam na lekcjach) oraz nie miałam problemu z nawiązywaniem wielu korzystnych jak i przyjemnych znajomości (odrabiam pracę domową dla połowy szkoły, w zamian za spokój).
Problemy z nawiązaniem bezinteresownego kontaktu utrudniała mi moja nieciekawa przeszłość. Trafiłam do Kapitolu w nocy, przyprowadzona przez Martwych Wojowników. Miałam 9 lat i amnezję na najwyższym poziomie. Szkolny medyk nie dawał mi szans na odzyskanie pamięci. Żyło mi się całkiem nieźle, aż nie skończyłam jedenastu lat. W tym wieku pierwszy raz wyrusza się na poszukiwanie swojego Powiernika. Nie ma możliwości, aby ktoś w tym wieku go nie zdobył. Najwyraźniej ja jestem wyjątkiem od reguły.
Jako jedyna wróciłam z poszukiwań bez Powiernika. Mało tego zostałam wtedy zaatakowana przez jednego z nich, który mimo surowych protestów swojego Praktykanta próbował skończyć z moim życiem.
Te wydarzenia powtarzały się przez sześć lat. Również wczoraj mi się nie poszczęściło.
Sam fakt, że nie mam Powiernika doprowadzał mnie na skraj załamania, ale dodatkowo przybijała mnie wiadomość zawarta w liście od Rady Praktykantów (władzy w Drugim Wymiarze, która w sumie panowała tylko nad Miastem Dusz). Jeśli w tym roku nie zdobędę Powiernika zostanę na zawsze usunięta z Starego Boru i zmuszona do zamieszkania w Świecie Granicznym. Jakby tego było mało, moja pamięć będzie zresetowana do zera (naprawdę wystarczy mi, że nie pamiętam pierwszych 9 lat swojego życia).
Udałam się do łazienki. Wzięłam poranny prysznic i spłukałam z siebie pot, który oblepiał moje ciało po nocnym koszmarze.
Kiedy ubierałam sie, uderzyła mnie jedna rzecz. Wewnętrzna część prawego nadgarstka i przed ramienia nieustannie mnie piekła. Zmarszczyłam brwi przyglądając się zaczerwienionej ręce. Dziwnym trafem moja skóra była mocno
podrażniona.....Po chwili namysłu i braku racjonalnych wyjaśnień postanowiłam później udać się do części szpitalnej Kapitolu.
Dziś czekało mnie jeszcze zebranie. Takie masowe spotkania uczniów w Kapitolu były organizowane co roku, po każdych poszukiwaniach Powiernika i zaczynały się wcześnie rano. Polegają one głównie na składaniu życzeń powodzenia w dalszym szkoleniu się na Martwego Wojownika.Kapitol to szkoła, która działa jak bezwzględna fabryka istot- żołnierzy- morderców. Władze Miasta Dusz założyły ją głównie po to by stopniowo budować wielką armię, która stawi kiedyś czoło Czarnym Duszom i w końcu wypleni chwasty ze Starego Boru (zazwyczaj tak jest to ujmowane).
Ja jestem tu tylko dlatego, że nie miałabym gdzie się podziać i że kiedyś widziano we mnie wielki potencjał na wojownika. Ktoś kto nie pamięta swojej przeszłości, nie pamięta ani lepszych, ani gorszych lat, jest idealnym materiałem na maszynę do zabijania. Przyznam, że bezwiednie poddałam się nauczaniu na takiego oto człowieka i jeszcze przed pierwszymi poszukiwaniami Powiernika byłam zwarta i gotowa na wszystko. Nawet jeśli ograniczał mnie wiek.
Kiedy wyszło tak, jak wyszło zostałam natychmiastowo odstawiona na boczny tor. Nie mogłam już uczęszczać na zajęcia praktyczne. Co roku byłam przenoszona z moimi rówieśnikami do starszych klas, ale moja jedyna walka to była ta, którą mogłam odbywać z workiem treningowym. Byłam dobra w walce wręcz, ale wszystkie pozostałe dziedziny były dla mnie czymś niemożliwym. Techniczne lekcje, polegające głównie na zapamiętaniu masy materiałów, też po pewnym czasie przestały sprawiać kłopot, zważając na brak zajęcia w wolnym czasie, który pozostali przeznaczali na praktyczne lekcje. Stając się prawdziwym mózgowcem, zyskałam szacunek wśród uczniów, odrabiając im prace domowe (przez to, iż nie zdobyłam Powiernika w odpowiednim czasie często nazywano mnie dziwadłem i nieraz obijano).
Do Kapitolu udaje się po raz pierwszy w wieku ośmiu lat, a opuszcza się dopiero w wieku dwudziestu. Dwanaście lat nauki tu i stajesz się istotą doskonałą.
Ludzie, którzy nie chcą uczęszczać do tej szkoły, na własną rękę wyruszają na poszukiwania Powiernika oraz zazwyczaj sami się szkolą. Sprawia to też, że są nieco na niższym poziomie niż Martwi Wojownicy.
Spojrzałam znudzonym wzorkiem na zegarek. Była 7.20. Zamarłam. Byłam spóźniona na zebranie. Zerwałam się z miejsca i rzuciłam do drzwi. Zamknęłam je na klucz, po czym biegiem ruszyłam na miejsce zebrań, po drodze nakładając jeszcze na gołe stopy, buty. Kilka razy o mało nie upadłam, ale wreszcie udało mi się je założyć.
Nie minęło pięć minut, gdy dotarłam pod wejście do sali. Nacisnęłam na klamkę i wpadłam do środka jak burza. Kilkaset par oczu zwróciło się w moją stronę. Kilkanaście Powierników poruszyło się niespokojnie w miejscu, jakby chciało mnie zaatakować, ale ich Praktykanci najwyraźniej wydali im rozkaz zachowania pozycji i zostawienia mnie w spokoju.
A potem wydarzyło się kolejne zaskakujące wydarzenie, prawie tak samo przerażające dla mnie, jak nocny koszmar. Moje przedramię ogarnął taki ból, że aż krzyknęłam. Padłam na kolana, chwytając lewą ręką za piekącą prawą. Przez łzy, widziałam jak na mojej skórze pojawia się czarny niewyraźny znak. Nim zemdlałam podniosła mnie silna para rąk.
Czemu mam wrażenie, że koszmar z dzisiejszej nocy był tylko początkiem prawdziwego horroru?
*Martwy Wojownik- siły specjalne w Mieście Dusz.