Nie cierpię tych wszystkich wypadów na łowy. Nie
dość, że zwykle kończą się niepowodzeniem (dla mnie), to jeszcze wraca
się z nich w masakrycznym stanie. Podarte ubrania, twarz w błocie,
kilka gałązek i liści między włosami, piasek w miejscach gdzie normalnie
nie powinno go być... to standard (ponownie dla mnie). Nikt nie wraca w
takim okropnym stylu. Mało kogo ugryzie komar, a mnie? Ostatnim razem
uciekałam przed rojem os.
Poprawiłam prosty kucyk na głowie, po czym mocniej zawiązałam
sznurowadła w butach, będąc przekonana, że później nie będę miała na to
czasu, jeśli się rozwiążą. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech.
Postawiłam jeden krok do przodu. Potem drugi. Trzeci... Czwarty...
Przygryzłam wargę i zatrzymałam się na chwile. Otworzyłam jedno oko,
posuwając się do przodu. Czując jak ogarnia mnie strach rzuciłam się do
przodu w szaleńczym biegu.
Zagłębiłam się w gęstwinę lasu, otoczył mnie zapach roślin, a uderzający
w twarz wiatr nagle stał się łagodniejszy. Strach przerodził się w
przerażenie. Mimo to nogi ciągnęły mnie przed siebie, nawet jeśli mózg
krzyczał: ZAWRÓĆ! Zacisnęłam ręce w pięści, mając nadzieje, że pomoże mi
to obudzić w sobie determinację. Jednak zamiast tego moje paznokcie
odcisnęły się na wewnętrznej części dłoni, powodując ból. Westchnęłam.
Chciałam, żeby to się już skończyło.
Gdzieś za sobą usłyszałam szelest liści. Zatrzymałam się na chwile,
nasłuchując. Moje serce przyspieszyło i przysięgam, że biło tak szybko
jakbym właśnie biegła w jakimś maratonie, a w końcu tak naprawdę stałam w
miejscu. Rozejrzałam się naokoło, gotowa rzucić się do ucieczki lub
paść na ziemie udając martwą (w sumie...pewnie nie musiałabym udawać).
Ponownie rozległ się szelest, tym razem jakby głośniej, bliżej.
Najbardziej rozkojarzyło mnie to, że nie mogłam zlokalizować miejsca, z
którego pochodzi. Nagle poczułam ciężar na barkach i padłam na ziemie,
twarzą prosto w błoto. Gdy tylko udało mi się oprzytomnieć oraz pozbyć
się mroczków sprzed oczu, spróbowałam się poderwać z ziemi.
Wrzeszczałam, rzucając się na wszystkie strony, próbując w ten sposób
strząchnąć z siebie to... coś. Zamarłam, w jednej chwili uświadamiając
sobie, że cokolwiek na mnie spadło, nie atakuje mnie.
Obróciłam głowę
spoglądając przez ramię. Kątem oka dostrzegłam kawałek gałęzi, który nie
wyglądał na taki, którego nie dałabym rady podnieść. Powoli wysunęłam
się spod niego. Cała brudna i spocona, pojęłam, że zaatakowała mnie...
oberwana gałąź.
-Panikara z ciebie- szepnęłam, podnosząc się z ziemi i otrzepując
ubrania.
Rozejrzałam się dookoła. Czułam jak mój mózg pracuje na pełnych obrotach (czego niestety zwykle nie robi), a trybiki przewracają mi się w głowie, za każdym razem, kiedy zarejestrowały coś niepokojącego. Problem w tym, iż wszystko co mnie otaczało wydawało mi się bardziej przerażające i groźniejsze niż zwykle, więc co chwile dostawałam mini zawału.
Skup się Terri, SKUP SIĘ!, krzyczałam w myślach. Jednak to nie pomagało. Czułam, że wywieram na sobie większą presje niż otoczenie, w którym codziennie się obracam (a raczej, pośród którego przenikam niezauważona bądź przesadnie zwyzywana). Nie miałam pojęcia jak ważne jest to, co się dziś stanie, dopóki nie weszłam w gęstwiny otaczające Kapitol i Miasto Dusz.
Szczerze, jeśli miałabym wybrać, w życiu ponownie nie zamieszkałabym w Kapitolu. Jest to najlepsza szkoła z internatem w całym Drugim Wymiarze. Choć w sumie, nie zrobiłam tego z własnego wyboru. Zostałam tam podrzucona w wieku 9 lat, z amnezją i panem Darkiem pod pachą (wydaje mi się, że niepotrzebnie wspominam teraz o swoim pluszowym misiu, zważając na to w jakim bagnie się znajduje...). Dawno bym już stamtąd zwiała, gdyby nie to, że nie mam Powiernika Duszy (bez którego długo nie pożyłabym poza terenem szkoły) oraz, że Miasto Dusz po zmroku, to najbardziej przerażające miejsce jakie kiedykolwiek widziałam.
No właśnie. Powiernik Duszy. Przyszłam tu po niego (albo on po mnie, kto go tam wie). Miałam czas do zmroku, aby go odnaleźć. Ykhm... Przepraszam. Poczuć to coś i go przywołać.
To bardziej skomplikowane niż się wydaje...
Świat zwykłych ludzi jest potocznie nazywany Granicą albo Światem Granicznym. Nazwa pochodzi od tego, iż znajduje się on pomiędzy dwoma wymiarami: Wschodzącym Księżycem (Pierwszym Wymiarem) i Starym Borem (Drugim Wymiarem). Każdy z nich dwóch posiada w sobie coś niesamowitego. Ale także coś odpychającego.
Pierwszy Wymiar to dla mnie zagadka. W Starym Borze rzadko się o nim wspomina, podobno ze względu na czarną przeszłość z nim związaną. A ostatnie księgi o Wschodzącym Księżycu, zostały zamknięte w lochach szkoły strzeżone najlepiej jak się da. Czemu? To kolejna zagadka.
Drugi Wymiar znam na wylot. To zdecydowanie miejsce, gdzie nigdy Ci się nie znudzi. Nieustanne afery, wywołane atakami Czarnych Dusz (zamieszkują połowę Drugiego Wymiaru, w Mieście Pośmierci- to Ci źli... podobno), kilka morderstw i przyjemne zakończenie dnia przy herbatce to tu codzienność. Nie żeby było AŻ tak źle, bo... jest jeszcze gorzej.
Ale nie o to tu chodzi. Wszystko kręci się wokół Powierników. Każdy, dosłownie KAŻDY (nawet Czarne Dusze) musi posiadać Powiernika. Robimy to aby przeżyć. Drugi Wymiar to miejsce nieustannych klęsk czy to żywiołowych, czy polityczny, cokolwiek. Aby przeżyć potrzebujemy pomocy. Powiernicy słyną z posiadania nadzwyczajnych zdolności. Odnajdując go, oddajemy mu swoją dusze (którą może nam odebrać, w razie gdyby umierał i dostać tak jakby drugie życie) i przekazujemy w jego ręce. Uzależniamy się od niego do tego stopnia, że po niecałym dniu możemy się z nim kontaktować telepatycznie. W zamian za poświęcenie, dostajemy prezent. Moc. Potężną. Jakąkolwiek.
Powiernik to zazwyczaj dzikie zwierze, wyciągnięte żywcem z dżungli takiej jak ta, w której aktualnie stercze i sikam ze strachu.
Ogólnie po Powiernika wyrusza się mając 11 lat i zdobywa go każdy, bez wyjątku. Och, no tak. Poprawka. Z jednym wyjątkiem. Mną.